Zbysław Maciejewski

Urodził się w 1946 r. w Pohulance, zmarł w 1999 r. w Krakowie. Studia w krakowskiej ASP, Wydział Malarstwa dyplom w pracowni W. Taranczewskiego (1969). Pracował dydaktycznie w macierzystej uczelni oraz w Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie. Zajmował się też scenografią i konserwacją zabytków. Laureat m.in. nagrody ZPAP im. W. Wojtkiewicza. Piękno przez cały XX wiek, a w każdym razie przez cały okres mojej artystycznej egzystencji, było w sztuce atakowane, deformowane, niszczone, obrzydzane. A ja – szukając punktu wyjścia i racji bytu dla mojej sztuki – postanowiłem mu być wierny.(…). Dla mnie piękno, kolor, ustawienie, forma, dźwięczność, poprawność rysunkowa – wszystkie te czynniki odgrywają zasadniczą rolę. Zbysław Maciejewski, Galeria Bielska BWA, katalog, kwiecień 1995 r. Malował portrety, autoportrety, erotyki, także swoiste alegorie przemijania i śmierci. Najbardziej charakterystycznymi bohaterami jego kompozycji są dzieci – książątka, królewny, dziewczynki w kapeluszach ukazane jako zagubione, bezradne lub władcze i okrutne. Dla mnie dziecko – mawiał artysta przy całej swej potędze, skomplikowaniu, bezceremonialności w odkrywaniu świata – jest sensacją. Potrafi często zadziwić dorosłego, a jednocześnie jest naiwne, piękne i jest cudownym sposobem na opowiedzenie czegoś o człowieku. Inspirowało go też dawne malarstwo, tkanina, zwłaszcza kobierzec wschodni. W latach 80. zaczął podróżować po Europie. Na jego płótnach pojawiły się kwieciste ogrody zalane słońcem, gęstwiny roślin i krzewów, tafle wody, martwe natury, pejzaże z architekturą Wenecji, wysp greckich. Na nowo sprawiało mu przyjemność oglądanie natury; poruszanie się liści filtrujących światło, rzucanie cienia, układanie się traw, migotanie kwiatów, fruwających motyli. Być może, jak wspominał była to po części reakcja na ohydę stanu wojennego, po części niechęć do koniunkturalnej publicystyki malarskiej tamtego okresu, a może podskórna potrzeba renesansu piękna, którą zgasiły pławiące się w brzydocie niektóre nurty sztuki współczesnej. Na jego płótnach skromna polska roślinność ogromniała, zamieniała się w kaskady kwiatów, plątaninę gałązek, liści, kłączy. Rośliny, to jest właśnie świat piękna, które zostało skompromitowane w ciągu XX wieku. Na pierwsze plenery wychodziłem gdy dzień się budził, jeszcze przed wschodem słońca, bo wstyd mi było, że dwudziestowieczny człowiek, artysta z dorobkiem i doświadczeniem wychodzi w plener. j.w. Jego stosunek do rzeczywistości był złożony, często krytyczny, podszyty ironią i sarkazmem, pełny paradoksalnego i przewrotnego humoru. Kama Zboralska. Przewodnik po galeriach szuki 2006. Sztuka inwestowania w Sztukę. Rosner & Wspólnicy 2005.