Zdzisław Beksiński

Urodził się w Sanoku w 1929 r. zmarł w 2005 r. w Warszawie. Studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej (1947-52). Uprawia też fotografię i rzeźbę. W latach 80. za sprawą marszanda P. Dmochowskiego jego obrazy trafiły do paryskich galerii. Największy zbiór jego prac w Muzeum Historycznym w Sanoku. Wiele osób nazywa moje postacie trupami. Nie wiem dlaczego, przecież wcale nie maluję nieboszczyków. Nie zależy mi na wstrząsaniu kimkolwiek, po prostu zamykam w pewnej formie to, co narodziło się w mojej głowie, coś co jest niesłychanie odległe od jakiejkolwiek realnej rzeczywistości. Pod koniec lat 70. zasłynął serią obrazów, które sam nazywał „fotografowaniem wizji”. Postacie bez twarzy, katastroficzne pejzaże, szkielety wyjących psów. Zdeformowane głowy o pustych oczodołach, pełznące stwory, ruiny podświetlone krwawym światłem. Niektórzy krytycy pamiętali, że swego czasu byłem artystą awangardowym, tworzącym abstrakcję. Malując „te, takie prawdziwe” historie z obłokami, dziwnymi postaciami czułem się tak jakbym kroił rybę nożem i popijał winem deserowym...Od ponad 15 lat tamten okres twórczy uważa za nieodwołalnie zamknięty. Moje obecne obrazy, są taką plątaniną linii. Majaczy w nich zdeformowany kształt tułowia lub głowy, nad którą pracuję jak mi się wydaje w sposób rzeźbiarski. Jego bohaterowie nie są już zawieszeni w przestrzeni ani z chmurami, ani z obłokami, ani z pejzażem w głębi. Na tych z pozoru nic nie przedstawiających obrazach można zauważyć cząstkę dłoni, piętę, kawałek zarysowanego pod skórą kręgosłupa, wyłaniające się z nicości spojrzenie pary przymkniętych oczu. Dla Beksińskiego temat jest jedynie pretekstem do poszukiwania nowych rozwiązań formalnych, do stworzenia takiego świata deformacji, który jednoznacznie będzie identyfikowany z jego wizjami. Beksiński swoich prac nie nazywa. Uważa, że namalować dobry obraz jest niezwykle trudno, a wymyślić dobry tytuł jest już prawie niemożliwe. Od kilku lat z prawdziwą pasją oddaje się grafice komputerowej. Najpierw fotografuje przypadkowych ludzi, najchętniej pomarszczone twarze. Szuka odrapanych murów, zrujnowanych zaułków. Okaleczonych drzew. Później z tego surowca tworzy katastroficzne pejzaże, zniekształcone, surrealistyczne przedstawienia ludzi, zwierząt, roślin, architekturę rodem z sennego koszmaru. Komputer traktuje jako narzędzie, które w przygotowaniu fotomontaży zastępuje ciemnię, klej i nożyczki. Kama Zboralska. Sztuka inwestowania w Sztukę. Przewodnik po galeriach sztuki 2004. Rosner & Wspólnicy 2003